Postanowienia noworoczne

dr Dariusz Szukała
źródło: dobrydietetyk.pl
Strona 1 z 2

Tym razem Magda się nie podda. Po sutych świętach i szałowym sylwestrze podjęła stanowczą decyzję – koniec ze szpetnymi krągłościami!. Popijając ostatni kawałek sernika słodką colą patrzy na siebie i nie dowierza. Jak mogłam do tego dopuścić? Jeszcze nigdy nie było tak źle!

Co roku, jednym z najważniejszych noworocznych postanowień u kobiet jest schudnięcie. Wraz z wystrzałem sylwestrowego szampana podejmowane są niezwykle mocne decyzje, i nic nie szkodzi, że od dziesięciu lat bezowocnie te same.  Chociaż cele są niezmienne to jednak metody ich realizacji rzadko kiedy bywają podobne.

Tym razem zastosuję dietę

Podobno  gwarantuje sukces w ciągu 2-4 tygodni.  Jak na dziesięć lat gromadzenia tłuszczu, miesiąc można  przecierpieć. Na początku entuzjazm jest ogromny, bo i wyniki są optymistyczne. Już w pierwszym tygodniu widać, że waga istotnie drgnęła. Dieta więc działa.  Pomogła milionom ludzi na całym świecie, pomoże i mi.
Niestety, nie pomoże, a chwilowy optymistyczny ubytek wagi już niebawem przerodzi się w koszmar ponownego tycia. Każda dieta, która  w 80% różni od dotychczasowej, wróży kolejne problemy. I to nie złośliwość losu, lecz czyste prawa fizjologii. Gdy metabolizm człowieka został zaprogramowany do określonego schematu żywienia, nagła podmiana śmietankowego tortu na ogórka nie sfinalizuje marzeń. Nasze neurony doskonale pamiętają co sprawia im przyjemność, więc o swoich upodobaniach już niebawem dadzą znać. Im bardziej radykalna i niespójna z przyzwyczajeniami dieta, tym większa szansa niepowodzenia całej kuracji. Na pierwszej linie obrony staje więc mózg, który już po niespełna dwóch tygodniach wyrzeczeń silnie uwrażliwia  zmysły smaku i zapachu na każde czyhające odstępstwo. Chociaż najwięksi twardziele są w stanie doczekać końca dietetycznego instruktażu, to i tak nie mogą spodziewać się nagrody. Następnym etapem kuracji jest oczywiście tycie. Jednak tym razem nieco inne niż zwyczajny schemat przebierania na wadze. Organizm nie zapomina przykrych doświadczeń. Teraz nie tylko zachłanniej gromadzi tłuszcz, ale także silniej uruchamia mechanizmy jego oszczędzania, na wypadek kolejnych niespodziewanych zagrożeń. Im więcej przebytych diet, tym szanse schudnięcia mniejsze. I tak o to zbliżamy się do ostatniego etapu, czyli stwierdzenia: „…próbowałam już wszystko i nic nie działa”.

Zaczynam intensywnie ćwiczyć

Moja wieloletnia bezczynność woła o pomstę do nieba. Najwyższy więc czas  wybrać się na aerobik, spinning, zacząć biegać, pływać i tańczyć przed tv. I tak o to tworzy się reguła trzech dziesiątek: najpierw 10 lat bezruchu, potem 10 treningów w tygodniu i na końcu utrata motywacji po 10 dniach. No cóż chęci były, ale sił nie starczyło. Aktywność fizyczna więc chyba nie dla mnie.

Spontaniczne i nieprzemyślane zrywy fizyczne, to coś, czym nasz organizm najbardziej doprowadzamy do szału. Nagłe aplikowanie nadmiaru rozmaitych ćwiczeń po wielu miesiącach czy latach bezczynności ruchowej powoduje szereg niekorzystnych następstw. Po pierwsze cierpi nasz nieprzystosowany do obciążeń aparat ruchu. Zwiększa się ryzyko uszkodzeń stawów i więzadeł. W jednej chwili możemy nabawić się kontuzji, której konsekwencje będą ciągnąć się latami. Problemy przystosowawcze ma również sam metabolizm. Możliwość pokonania stawianych obciążeń wymaga czasowej adaptacji układu hormonalnego, krążeniowego, oddechowego, a to nie dzieje się w ciągu doby. Aby organizm mógł precyzyjnie reagować na stawiane mu bodźce treningowe oczekuje przynajmniej kilkunastu dni systematycznych ćwiczeń o umiarkowanej progresji. Jednocześnie doświadczając beztlenowych przeciążeń w układzie mięśniowym, wzmaga proces przemian energetycznych z udziałem węglowodanów, co często rzutuje na wzrost apetytu na cukry i niekorzystny aspekt kompulsywnego objadania się, które niejednokrotnie niweczy ciężki wkład pracy. Największy jednak problem przychodzi po zakończeniu przygody z ćwiczeniami. Przemiana materii diametralnie spada a apetyt zostaje. Nic więc dziwnego, ze szybko tyjemy. W warunkach ponownego „złapania oddechu” organizm już wie jak dokładnie zabezpieczyć się na przyszłość.

Systematyczna aktywność fizyczna to najlepsza broń w walce ze zbędnym tłuszczem, ale tylko wówczas gdy aplikowana jest w sposób rozsądny i logiczny.  Nigdy nie należy stawiać sobie zbyt wygórowanych zadań. Jeżeli przez wiele miesięcy nie doświadczaliśmy większych obciążeń wysiłkowych, najbardziej optymalnym rozwiązaniem  będą marsze czy zajęcia w basenie.  Kiedy przystosujemy nasz organizm do pierwszej porcji ruchu pora pomyśleć o czymś więcej. Świetnym rozwiązaniem mogą okazać się zajęcia w klubie fitness czy stopniowo wprowadzane treningi biegowe. Bardziej liczy się częstotliwość ćwiczeń niż ich intensywność. Lepiej więc wybrać się na codzienny 40min marsz, niż ćwiczyć intensywnie 2 razy w tygodniu po 2 godziny. Pamiętajmy, że prawdziwe efekty ćwiczeń są widoczne dopiero po kilku miesiącach ich systematycznego uprawiania.

Muszę ograniczyć jedzenie

Jak najlepiej się odchudzić? To jasne – nie jeść! Na liście przebojów od lat niezmiennie królują diety głodówkowe. Większość kobiet rozpoczyna więc sumienne liczenie kalorii w pomidorach, marchewce i ogórkach, ograniczając oczywiście spożycie mięsa i produktów mlecznych. Popularna dieta 1000kcal w przewadze oparta na warzywach i owocach powinna problem rozwiązać. Wynik najbliższego pomiaru napawa optymizmem. W ciągu zaledwie tygodnia waga spadła o 5 kilogramów. Za miesiąc będzie więc 20kg mniej! Niestety wynik ponownej analizy masy ciała wprowadza w zakłopotanie. Zamiast kolejnych 5kg jest tylko 0,5kg. Dodatkowo coraz gorsze samopoczucie, słabną siły, a ciało w cale nie wygląda atrakcyjnie. No cóż, chyba najwyższa pora się wycofać.

W warunkach zbyt niskiej podaży kalorii i składników odżywczych  uruchamiane są specyficzne mechanizmy obronne. Dieta niskoenergetyczna  przestawia organizm na głodową przemianę materii, powodując, że organizm zamiast spalać kalorie intensywnie je kumuluje niszcząc w zamian cenną dla organizmu tkankę mięśniową. Tworzy się paradoksalna sytuacja – zamiast chudnąć, tyjemy. Ta specyficzna odpowiedź ustroju na przedłużające się restrykcje żywieniowe jest całkowicie logiczna i uzasadniona. Nasz organizm może efektywnie wydatkować kalorie tylko wówczas, jeżeli zaspokajane są jego podstawowe potrzeby żywieniowe. Przy ubogokalorycznej diecie nie jesteśmy w stanie zaspokoić zapotrzebowania na witaminy, składniki mineralne, białko czy niezbędne kwasy tłuszczowe. W efekcie dochodzi do spowolnienia tempa przemiany materii, niszczenia energochłonnej tkanki mięśniowej oraz magazynowania rezerw tłuszczowych. Największy jednak problem przychodzi po rezygnacji z diety. Między innymi odpowiedzią na przebyte zagrożenie  jest nasilenie zjawiska hiperplazji komórek tłuszczowych, czyli ich liczbowego rozrostu. Kiedy naprzemiennie pojawiają się okresy niedożywienia oraz nadkonsumpcji kalorii, komórki mnożą się niczym „grzyby po deszczu”. Kiedy powstaną, ich likwidacja jest praktycznie niemożliwa. Bardzo szybko wyrastają i utrwalają swoją dorosłą postać, powodując coraz bardziej uciążliwą nadwagę oraz  większą oporność na kolejne odchudzanie. Aby dieta nie wywoływała tego typu zagrożeń, jej kaloryczność w przypadku kobiet nie powinna spadać poniżej 1400-1600kcal!

  • 1
  • 2